Czekałem na ten koncert z niecierpliwością, gdyż nigdy nie widziałem Master na żywo jednocześnie zdając sobie sprawę z niezaprzeczalnego faktu, iż kapelę Paula Speckmanna śmiało można uznać za protoplastów death metalu (obok Death czy Possessed). Mieszkający od lat w Czechach 51-letni Speckmann swój pierwszy band założył w 1982 roku, z Master nagrał łącznie 12 albumów studyjnych (w tym ogromnie szanowane w podziemiu "Master" z 1990 roku oraz "On the Seventh Day God Created... Master" z 1991 roku), nadto po dziś dzień posiada kilka międzynardowych death metalowych side-projectów, w tym Cadaveric Poison i Speckmann & Johansson. Jako supporty Master miały wystąpić dwa zespoły z Francji, a mianowicie death/thrash metalowy Deadly Whispers i deathcorowy Absurdity, a także death metalowe trio z Brazylii Nervochaos. Koncert rozpoczął się dopiero po 20.30 na skutek sporej obsuwy czasowej związanej ze spóźnieniem jednego z supportów. Na szczęście potem obyło się bez dłuższych przerw, choć np. Brazylijczycy z Nervochaos nie zagrali ostatniego zapowiadanego kawałka. Ale po kolei.
Deadly Whispers to istniejąca od 2005 roku kapela z Tarbes z demem "Deadly Whispers" (2005) i pojedynczym długograjem na koncie "Merchant of War" (2013). Koncert był całkiem solidny, choć thrashująco-corowy death metal Francuzów nie był dla mnie niczym zaskakującym, gdyż tego typu zespołów mamy na scenie od groma. Słuchało się jednak krótkiego występu Francuzów bardzo przyjemnie, wściekła energia emanowała ze sceny, a w trakcie kawałka "Merchant of War" pod sceną zrobiło się małe pogo. Muzycy zaprezentowali m.in. takie utwory jak "Sociality", "Black Mass", "Absolution" czy wspomniany "Merchant of War".
Po krótkim gigu Deadly Whispers poszedłem ze znajomymi na dość skromne stoisko z merchem. No i pierwsze zdziwienie. Płytki Nervochaos i Deadly Whispers za 20 zł, Absurdity za bodaj 30 zł, a albumy Master na CD za 60 zł. Najbardziej rozwaliła mnie cena książki Paula Speckmanna "SPECKMANN - Underground Survivor - The Pictoral", która kosztowała 180 zł! Mimo wszystko postanowiłem zainwestować w Nervochaos i Master, co też uczyniłem po gigu Nervochaos.
Brazylijskie trio Nervochaos zagrało moim zdaniem najlepszy (po Master) koncert wczorajszego wieczoru. Z racji tego że kapela z San Paulo istnieje od 1996 roku i ma już w swoim dorobku 6 długograjów powinni występować przed Master. W każdym razie na kilka dni przed koncertem zapoznałem się na Youtube z dwoma ostatnimi albumami Nervochaos "To the Death" (2012) oraz "The Art of Vengeance" (2014) i oba przypadły mi do gustu, także wiedziałem, że Brazylijczycy zagrają świetny koncert. Włożenie muzyki Nervochaos do szufladki z napisem 'death metal' jest zbyt proste, gdyż w twórczości Brazylijczyków można wyczuć wpływy wczesnej Sepultury czy Sarcofago z domieszką doom metalowej aury. To po prostu old-schoolowy death/thrash metal ze złowieszczą sataniczną atmosferą, który na scenie wybrzmiał niezwykle świeżo i przekonująco. Nie mam pojęcia dlaczego Nervochaos pozostaje nadal w cieniu. Na pewno chętnie zapoznam się z dyskografią tej kapeli, gdy czas mi na to pozwoli. Set-lista Nervochaos wyglądała mniej więcej tak: "All-Out War", "To the Death", "Mind Under Siege", "Dark Chaotic Destruction", "Shadows of Destruction", "Total Satan", "Pazuzu Is Here", "Pure Hemp". Na pewno nie zagrali jednego (albo dwóch) kawałka, gdyż z powodu obsuwy czasowej musieli zejść ze sceny.
Z Absurdity także zapoznałem się przed koncertem i choć raczej nie przepadam za siłowym deathcorem ich muzyka ze względu na użycie industrialnych sampli trochę mnie zaintrygowała. Zaczynali jako kapela death/thrash metalowa inspirowana Carcass, Bolt Thrower czy wczesną Sepulturą, by od 2008 roku wkroczyć na teren deathcore'a z elementami industrialu. I rzeczywiście niemal każdy kawałek zagrany wczoraj przez Absurdity poprzedzony był industrialnym samplem. Koncertowo Francuzi wypadli całkiem intensywnie, acz odniosłem wrażenie, że na ich gigu sala koncertowa u Bazyla dość mocno się przerzedziła. No cóż, nie każdy słuchacz muzyki metalowej przepada za deathcorem/metalcorem... Mimo wszystko w trakcie gigu Absurdity ciężar był momentami okrutny, a niektóre szybkie partie gitarowe skłaniały do żwawego machania łbem.
Wreszcie przyszła kolej na Master Paula Speckmanna. Obecnie Master tworzą Speckmann oraz (od 2003 roku) dwaj muzycy czeskiego thrash metalowego Shaark: gitarzysta Ales Nejezchleba oraz perkusista Zdeněk Pradlovský. Szczery i przekonujący death/thrash metal Master nadal tkwi zakorzeniony w charakterystycznym dla lat 80-tych brzmieniu, muzyka Master jest niczym nie poddający się erozji monolit, co dla fanów zespołu stanowi powód do dumy, a dla innych może być oznaką twórczego skostnienia. Mnie akurat niezmienność Master cieszy, a sam Speckmann bez dwóch zdań pozostaje death metalową ikoną. Master na żywo to wciąż granie pełne entuzjazmu, porywające energią i na wskroś staromodne. Także społeczno-polityczna warstwa liryczna Master od początku istnienia zespołu pozostaje niezmienna, co zbliża Master do kapel punkowych czy hardcorowych. Na obecną chwilę nie jestem w stanie przypomnieć sobie dokładnej set-listy z wczorajszego wieczoru (bogatą dyskografię Master znam wybiórczo), ale publika najgłośniej domagała się "Funeral Bitch" (w końcu Speckmann uległ i zagrał ten kawałek sprzed "stu lat" :-)), nadto zagrane zostały "Judgement of Will" oraz "Submerged in Sin".
piątek, 13 marca 2015
wtorek, 10 marca 2015
Opuszczone miasta Fukushimy
11 marca 2011 roku miała miejsce katastrofa w elektrowni atomowej Fukushima Daiichi będąca następstwem trzęsienia ziemi i tsunami Tōhoku w wyniku którego zginęło 15889 ludzi, a 2601 osób uznano za zaginione. Strefa zamknięta wokół elektrowni atomowej Fukushima Daiichi obejmuje obszar o powierzchni 800 km kwadratowych. Miasta widma opuszczone przez ich mieszkańców to Futaba, Okuba, Tomioka i Namie. Do Futaba mieszkańcy mogą przyjechać zaledwie na kilka godzin w miesiącu. Wszystkie te cztery miasta znajdują się w strefie zamkniętej. Z Namie ewakuowano 21 000 mieszkańców - strefa ewakuacji wokół Fukushimy wyniosła 32 km. Opuszczone domy, sklepy, ulice, zardzewiałe poprzewracane samochody, chwasty i trawa porastające rozpadliny w chodnikach i ulicach. Znaki ostrzegawcze informujące kierowców aby z powodu skażenia nie opuszczali pojazdów, nie otwierali okien i nie stykali się z tamtejszym powietrzem. Tysiące worków na śmieci położonych jedne na drugich i zawierających skażoną ziemię, gałęzie, krzaki oraz inne radioaktywne odpady. Post-apokliptyczny krajobraz zniszczenia i radioaktywnej kontaminacji. Do strefy zamkniętej mieszkańcy miast widm będą mogli wrócić najwcześniej w roku 2017 o ile nie później. Pytanie czy w ogóle zechcą tam wrócić. Rząd japoński bardzo by tego chciał, gdyż mógłby w ten sposób zaoszczędzić pieniądze.
niedziela, 8 marca 2015
Kurhan "Głód" (2015) - recenzja
Katowicki Kurhan istnieje od 2004 roku i do tej pory miał w swojej niezbyt obszernej dyskografii dwa dema "Szlam" (2009) i "Cel" (2011), których nie miałem jeszcze sposobności posłuchać. Rok 2015 przynosi jednak pierwszy długograj Kurhan wymownie zatytułowany "Głód". Już od pierwszych chwil obcowania z "Głodem" zaskoczyła mnie niepohamowana wściekłość tego materiału, zabójcza energia i moc zdmuchująca wszystko co stanie na jej drodze niczym fala uderzeniowa po detonacji nuklearnej. Kurhan czerpie z tradycji black metalu, thrash metalu i death metalu lat 80-tych i początku lat 90-tych, ale czyni to z wprawą grając muzykę pełną wulgarnej furii. Gdybym miał podać jakieś odnośniki w kierunku których należy podążać to wymieniłbym na przykład rodzimy Voidhanger, niemiecki Sodom czy norweski Nocturnal Breed. Chodzi mi tutaj przede wszystkim o destrukcyjną intensywność zagranego z opętańczą precyzją materiału, który jest starannie przemyślany i dopracowany. Na pochwały zasługuje mięsista produkcja "Głodu" za którą odpowiada Nihil z Furii. Riffy są ostre jak żyleta, zróżnicowanie i skłaniające do machania łbem, zróżnicowanie występuje także w obrębie struktur poszczególnych utworów. Za krzyczane wokale Kurhanu odpowiada Krzysztof Mazur, który z agresją wyśpiewuje polskie liryki. Podoba mi się także gęsta, chwilami wręcz maniakalna praca perkusji Namtara (Furia, Massemord). Jestem cholernie ciekaw jak zabrzmiałby materiał z "Głodu" odegrany na żywo. Nie od dziś wiadomo że szef białostockiej Arachnophobia Records potrafi wyłowić z polskiego podziemia nie lada perełki - czego Kurhan jest kolejnym niezaprzeczalnym dowodem. Nie umiem na razie wyróżnić moich ulubionych utworów - ale w tej chwili najbardziej chodzi mi po głowie "Cisza". Jesteście głodni i spragnieni mocno wkurwionego i szybkiego black/death metalu z domieszką thrashowej motoryki? "Głód" powinien zaspokoić Wasze potrzeby w dwójnasób.
czwartek, 5 marca 2015
Muzyczne odkrycie na dziś: Oxist
Upstrzona tysiącami jezior Finlandia nieodmiennie kojarzy mi się z jedną z najciekawszych i najobszerniejszych scen doom metalowych. Unholy, Skepticism, Thergothon, Unburied, Dolorian, Aarni, Woods of Belial, Yearning, Swallow the Sun, Colosseum, Barren Earth, KYPCK, Ghost Brigade, Stabat Mater, Shape of Despair... każdy kto lubi funeral doom, black doom, death doom czy melodyjny doom metal znajdzie wśród tych kapel coś dla siebie. Ostatnio wpadły mi w ręce dwa albumy fińskiego kwartetu Oxist z Riihimäki, a mianowicie "Nil" (2012) oraz "One Eon" (2015). Obowiązki wokalne pełni w Oxist Jani Koskela, którego fani fińskiego metalu być może kojarzą z takich zespołów jak Let Me Dream (mam gdzieś w kolekcji na CD ich album "My Dear Succubus" z 1995 roku) czy Saattue. Oczywiście przyjdzie teraz czas na zaszufladkowanie twórczości Oxist - osobiście podoba mi się określenie dark doom. Rzeczywiście muzyka Oxist może się trochę kojarzyć z dark metalem wczesnego Bethlehem czy z włoskimi piewcami depresji Forgotten Tomb, ale tak czy owak rdzeniem muzyki Finów pozostaje posępny, utrzymany w umiarkowanych/wolnych tempach żałobny doom metal, acz zagrany z wyobraźnią i melodyjnym zacięciem. Wokale Jari Koskela black metalowe, pełne nienawiści i nihilizmu, pojawiają się także sporadyczne czyste śpiewy (posłuchajcie chociażby "Conclusion" czy "No Life to Bother" - kawałka zamykającego "One Eon"). Nie jest to być może poziom Dolorian z czasów "When All the Laughter Has Gone" (1999), nie mniej dark doomowej mizantropii Oxist słucha się z zainteresowaniem. Obiecujący zespół; być może ktoś z moich czytelników go polubi.
Posłuchajcie sami 0 X í S T (Zero Exist):
http://0xist.bandcamp.com/
Kocie oczy: "Eye of the Cat" (1969) i "Blacker than the Night" (1975) - recenzje
Koty stanowią wdzięczny atrybut wielu horrorów, zatem dziś pokrótce omówię dwa filmy grozy w których się pojawiają.
1. Eye of the Cat (1968) - Fryzjerka Cassia Lancaster (Gayle Hunicutt) odszukuje Wyliego, zabiera go do siebie i za pomocą zabiegów kosmetycznych przywraca chłopakowi atrakcyjny wygląd. Cassia jest fryzjerką bogatej wdowy Aunt Danny (Eleanor Parker), którą opiekuje się Luke (Tim Henry). Jednak to Wylie był ulubionym siostrzeńcem Danny. Jeśli Wylie nie wróci do niej cały spadek po wdowie zostanie przekazany schronisku dla kotów. Cassia wraz z Wylim postanawiają zabić cierpiącą na rozedmę płuc Danny i podzielić się pieniędzmi ze spadku. Problem tkwi w tym, że Wylie cierpi na ailurofobię, czyli patologiczny lęk przed kotami od których roi się w okazałej posiadłości Aunt Danny.
Inteligentny, nasycony czarnym humorem scenariusz do "Eye of the Cat" (1969) Davida Lowella Richa napisał Joseph Stefano, który był autorem scenariusza do "Psychozy" (1960) Alfreda Hitchcocka. Akcja filmu toczy się w San Francisco - idealnej lokalizacji dla horrorów i thrillerów. Koty są intrygującym elementem "Eye of the Cat". Przebiegłe, chytre, działające w stadzie; ich nieprzewidywalne zachowanie nadaje filmowi aurę niepewności. Trenerem występującej w "Eye of the Cat" armii kotów był Ray Berwick, który pracował także z ptakami na planie słynnego dreszczowca Alfreda Hitchcocka "The Birds" (1963). Najciekawszą postacią w "Eye of the Cat" jest niewątpliwie zagrana przez Gayle Hunicutt Cassia Lancaster, niebezpieczna i dominująca kobieta. Sporo napięcia, charakterystyczny dla lat 60-tych promiskuityzm, a nawet sugestia kazirodztwa, zaskakujące zwroty akcji i wspaniała scena z Eleanor Parker zjeżdżającą ze wzgórza na wózku inwalidzkim. Dobry, choć zapomniany thriller.
2. Más Negro Que la Noche/ Blacker than the Night (1975) - W meksykańskim "Blacker than the Night" (1975) mamy do czynienia z pojedynczym, ale ważnym dla fabuły filmu czarnym kotem nazwanym Bequer. Początkująca aktorka Ofelia mieszka z trójką współlokatorek (bibliotekarką Aurorą, modelką Martą i Pilar) w zatłoczonym apartamencie. Dziewczyna dowiaduje się że po zmarłej ciotce Susan odziedziczyła okazały dom. Ofelia wraz z przyjaciółkami niezwłocznie wprowadzają się do rezydencji, którą opiekuje się Sofia. Kiedy kanarek Aurory zostaje zabity przez kota zwierzę znika, a jego zwłoki zostają odnalezione kilka dni później w piwnicy. Wkrótce młode kobiety zaczynają słyszeć odgłosy płaczu i głos przyzywający Bequera, po czym zaczyna nawiedzać je ubrana na czarno zjawa ciotki dzierżąca laskę.
Intrygująca, choć nieco ospała ghost story w reżyserii Carlosa Enrique Taboady. Taboada był jednym z najbardziej cenionych meksykańskich reżyserów kina grozy, ale z jego filmami (w szczególności z "The Witch's Mirror" i "Tonight, Even the Wind is Afraid") dopiero będę musiał się zapoznać. W przypadku "Blacker than the Night" mamy do czynienia z subtelnym, acz sugestywnym horrorem, w którym najważniejsza jest wzorcowo wykreowana atmosfera wyczekiwania na coś strasznego, co ma wkrótce nastąpić. Piękne kobiety (Claudia Islas, Helena Rojo, Susana Dosamantes i Lucia Mendez), starannie budowany nastrój grozy w pomieszczeniach 'ciemniejszej niż noc' rezydencji (a także poza nią!) oraz tajemniczy i przerażający kot. W 2014 roku Henry Bedwell nakręcił remake "Blacker than the Night", ale nie miałem okazji go oglądać i sądząc po raczej negatywnych recenzjach nie jest mi śpieszno do jego projekcji.
piątek, 27 lutego 2015
Devilish Impressions, Beheaded, Christ Agony w Bazylu, 27.02.2015 (fotorelacja)
Słucham właśnie Finów z dark doomowego Oxist (obiecująca kapela) i zastanawiam się czy w ogóle powinienem napisać tą okrojoną relację zważywszy na to, że musiałem z powodu siły wyższej odpuścić sobie finalny gig Christ Agony. Inna sprawa, że koncert rozpoczął się od całkiem sporej obsuwy czasowej - gdyby zaczął się punktualnie to sprawa wyglądała by nieco inaczej. No cóż, widziałem Christ Agony bodaj trzykrotnie na żywo, więc opuszczałem salę koncertową Bazyla bez większych wyrzutów sumienia, może tylko ciut rozczarowany.
Twórczość Devilish Impressions znam trochę po macoszemu, ale po zobaczeniu zespołu z Opola będę musiał bliżej zapoznać się z ich symfonicznym black/death metalem. Jak sam przyznał wokalista Quazaare Poznań odwiedzili ostatnio w 2008 roku, ale nie przypominam sobie mojej obecności na tamtym koncercie. Szczerze mówiąc nie oczekiwałem od ich muzyki zbyt wiele, bo z rezerwą podchodzę do black metalu z klawiszami, lecz na żywo Devilish Impressions wypadli bardzo profesjonalnie. Mocny black metalowy skrzek Quzaare, nienachalne klawiszowe tło, kilka fajnych riffów skłaniających do machania łbem i trochę brutalnej black metalowej nawałnicy. Jeśli ktoś lubi Vesanię, Dimmu Borgir czy Old Man's Child powinien zobaczyć Devlish Impressions na żywo. Najmocniejszym akcentem koncertu było dla mnie ich wykonanie "I Am the Son of God" z płyty "Diabolicanos - Act III: Armageddon" (2008).
Jeśli ktoś zapytał by mnie czy znam jakieś kapele metalowe ze śródziemnomorskiej Malty odparł bym, że znam Beheaded. Włosi wystąpili w Polsce po raz pierwszy i nie sprawili mi zawodu. Spuścili zgromadzonej w Bazylu publice srogi death metalowy łomot. Słuchając piekielnie intensywnego koncertu Beheaded miałem nieodparte skojarzenia z Cannibal Corpse i Deeds of Flesh. Lecz nie jest to tylko i wyłącznie bezmyślna death metalowa rzeź, gdyż w muzyce Beheaded nie brakuje zróżnicowania - podobały mi się zwłaszcza wolniejsze fragmenty skupione na potężnych, wwiercających się w mózg riffach. Włosi zagrali jeden utwór z nadchodzącej płyty, a ich obficie wytatuowany wokalista Frank Calleja chwalił się, że zna jedno polskie słowo, a mianowicie "kurwa". I od razu zrobiło się miło. Jak nadarzy się okazja to chętnie zobaczę Beheaded jeszcze raz na żywo, bo gniotą niemiłosiernie.
środa, 25 lutego 2015
Zagadka podwójnego morderstwa na atolu Palmyra
Stara sprawa kryminalna, ale zaintrygowała mnie. Wpierw nieco o atolu Palmyra, który stanowi terytorium Stanów Zjednoczonych i wchodzi w skład wysp Line. Powierzchnia 12 km kwadratowych, rozległa rafa, dwie płytkie laguny i blisko 50 piaszczystych i rafowo-skalistych wysepek z palmami kokosowymi. 30 sierpnia 1974 roku doszło na atolu Palmyra do podwójnego morderstwa. Ofiary: 40-letnia Eleanor Graham zwana Muff oraz jej 43-letni mąż Malcolm “Mac” Graham III zniknęli. Małżonkowie żeglowali swoim luksusowym jachtem "The Sea Wind" i wybrali złą wyspę na przycumowanie. Mordercą okazał się Buck Duane Walker, który wraz ze swoją dziewczyną Stephanie Stearns także cumowali przy lagunie. Walker był eks-skazańcem, który zamierzał na atolu uprawiać konopie indyjskie. Grahamowie byli konserwatywni, natomiast Walker i Stearns uchodzili w ich oczach za 'hipisów', lekkoduchów, a więc konflikt wisiał w powietrzu. Dodam jeszcze, że obie łodzie cumowały obok siebie.
Według Stephanie Stearns 30 sierpnia 1974 roku Grahamowie zaprosili Walkera i Stearns na kolację na pokładzie "The Sea Wind". Walker i Stearns pojawili się o godzinie 6.30 wieczorem, ale Grahamów nie było. Nie wrócili z połowu ryb. Walker twierdził, że pod nieobecność Grahamów 'mają się czuć jak u siebie w domu' na pokładzie jachtu (rzekomo małżeństwo tak mu powiedziało). Nastała noc, a po Grahamach nie było śladu. Nazajutrz Walker wraz z Stearns udali się na poszukiwania małżeństwa i zauważyli przewróconą łódź rybacką (dinghy) przy brzegu laguny. Czyżby miał miejsce tragiczny wypadek?
Walkerowi i Stearns nie pozostało więc nic innego niż wziąć pod swoją opiekę luksusowy jacht Grahamów i dopłynąć nim do Honolulu. Tam go przemalowali i nadali "Morskiemu Wiatru" inną nazwę, ale i tak jacht rozpoznano jako nie należący do nich. Twierdzili, że ich własny jacht "Iola" utknął na rafie atolu Palmyra. W rzeczywistości ukradli "The Sea Wind". Oskarżono ich jednak tylko o kradzież jachtu, a nie o morderstwo (choć byli o nie podejrzewani), bo nie było ciał. Walker i Stearns szybko przestali być parą.
Pewnego ranka 1981 roku marynarz Sharon Jordan z Durbanu w RPA spacerując po plaży atolu Palmyra natknęła się na ludzką czaszkę i kości, które wypadły z aluminiowego pojemnika zagrzebanego w piasku. Pozostałości szkieletu zidentyfikowano jako Muff Graham. Kobieta zginęła od uderzenia w głowę, jej zwłoki zostały poćwiartowane, a jej twarz przypalono palnikiem acetylenowym wchodzącym w skład wyposażenia jachtu Grahamów. Ciało ukryto w metalowym pojemniku, który obciążony miał zatonąć w lagunie, ale jednak w 1981 roku wypłynął na powierzchnię. Zwłok, a w zasadzie szkieletu Malcolma Grahama do tej pory nie odnaleziono.
Buck Walker i Stephanie Stearns byli sądzeni oddzielnie za morderstwo Muff Graham. Walkera uznano za winnego w 1985 roku, natomiast obrońcą Stephanie Stearns był słynny Vincent Bugliosi. Kobiecie udało się przekonać skład orzekający, że Walker mordował sam i sam ukrył ciała Grahamów w aluminiowych pojemnikach. Została oczyszczona z zarzutu morderstwa. Walkera zwolniono w 2007 roku. Napisał książkę, w której twierdził, że wdał się w romans z Muff Graham, odkrył to jej małżonek, po czym oszalał z zazdrości, więc Walker musiał się przed nim bronić. Malcom miał jakoby najpierw zastrzelić swoją żonę, po czym zaatakował Walkera, który działał w samoobronie. Walker zmarł w 2010 roku w wieku 72 lat.
Gdzie jest ciało Malcolma Grahama? Czy Malcolm został zabity w innym miejscu niż jego żona? Nie wiadomo. Walker powiedział poszukiwaczom: "Szukajcie go. Nigdy go nie znajdziecie." Na podstawie historii 'klątwy Palmyry' nakręcono w 1991 roku film telewizyjny "And the Sea Will Tell" (reż. Tommy Lee Wallace).
czwartek, 19 lutego 2015
The Moon and the Nightspirit w Bazylu, 19.02.2015 (fotorelacja)
Chcąc nie chcąc zrobiłem sobie niewielką przerwę od uczestnictwa w koncertach. Rok 2015 zapowiada się pod kątem koncertowym nieco mniej atrakcyjnie niż ubiegły, ale od czasu do czasu będę wpadał na co ciekawsze gigi. Z letargu koncertowego wyrwał mnie koncert Węgrów z The Moon and the Nightspirt, których najnowszy album studyjny "Holdrejtek" ukazał się w ubiegłym roku nakładem niemieckiej Prophecy. Lubię rozmarzony pogański folk The Moon and the Nightspirit, a także inne zespoły/projekty rockowe/neofolkowe/folk black metalowe z Prophecy (Antimatter, Tenhi, Vali, Empyrium, itd.), zatem moja obecność na tym gigu była obowiązkowa. Support Węgrów, czyli rodzimy Hegemony sobie odpuściłem i czekałem na występ węgierskiego kwartetu.
Muzyka The Moon and the Nightspirit zaprasza słuchaczy w głąb porośniętego mchem lasu, tam gdzie odbywają się mistyczne pogańskie rytuały i celebracje. I takie też miałem wrażenie wsłuchując się w płynące ze sceny folkowe dźwięki akcentujące nierozerwalny związek człowieka z Matką Ziemią. Eteryczną i marzycielską twórczość tego zespołu poznałem kilka lat temu za sprawą fenomenalnego "Rego Rejtem" z 2007 roku, z którego muzycy zaprezentowali numer tytułowy. Muzyka The Moon and the Nightspirit potrafi być energiczna, żwawa, kojąca, ale też smutna, przesycona sporą dawką melancholii. Nie ukrywam, że Węgrzy w wydaniu melancholijnym najbardziej mi odpowiadają, gdyż ich delikatne i spokojne fragmenty skłaniają do introspekcji. Znakomicie współgrają ze sobą anielskie śpiewy grającej na skrzypcach Ágnes Tóth oraz podniosły śpiew Mihálya Szabó. Składu na żywo dopełniają energiczny i uśmiechnięty bębniarz Gábor Végh oraz basista Gergely Cseh. Reasumując, udany wieczór z węgierską muzyką ludową. Koncert trwał blisko 80 minut, zespół bisował dwukrotnie. Dokładnej set-listy nie pamiętam.
Málmhaus/ Metalhead (2013) - recenzja
Bardzo chciałem polubić islandzki dramat "Metalhead", gdyż jestem wielbicielem Islandii i jeszcze kilka dni temu obejrzałem udany islandzki horror "Reykjavik Whale Watching Massacre" z 2009 roku. Poza tym przyciągnął mnie do filmu Ragnara Bragasona plakat przedstawiający jego główną bohaterkę w black metalowym corpse paincie. Jako wieloletni słuchacz i fan ciężkich brzmień jestem jednak trochę odrobinę rozczarowany po seansie. Ale wpierw nieco o fabule "Metalhead": w rozgrywającym się w 1983 roku prologu umiera w tragicznym wypadku długowłosy Baldur, starszy brat 12-letniej Hery. Dziewczynka nie mogąc sobie poradzić ze śmiercią brata zwraca się w kierunku muzyki, którą Baldur kochał: heavy metalu i hard rocka. Dziesięć lat później Hera (Thora Bjorg Helga) stała się metalówą: ubrana na czarno, w skórzaną kurtkę, w jej pokoju wiszą na ścianach m.in. plakaty Annihiliator ("Never, Neverland"), Sepultury ("Arise"), Slayera, Iron Maiden, a w słuchawkach wybrzmiewa m.in. Judas Priest czy Savatage. Dziewczyna próbuje się wyrwać z farmy na której się wychowała, ale bezskutecznie. Nie pozwalają jej na to bezustanne wspomnienia śmierci Baldura. Odwraca się od rodziny i lokalnej społeczności, muzyka heavy metalowa staje się dla niej ucieczką. Natomiast jej rodzice Karl (Ingvar Eggert Sigurdson) i Droplaug (Halldora Geirhardsdottir), czego córka zdaje się nie dostrzegać, cierpią w ciszy. Herze nie pomaga też przyjaźń z Knuturem (Hannes Oli Agustsson) oraz pełnym wyrozumiałości księdzem (Sveinn Olafur Gunnarson).
Najpierw oczywiste plusy "Metalhead": film ogląda się z zainteresowaniem, a z reakcji ludzi (i zwierząt farmerskich) na zachowania Hery i graną przez nią muzykę można się uśmiać. Nadto surowość skalistych krajobrazów i islandzkiej przyrody została pokazana w przepiękny sposób ("Málmhaus" nakręcono w dużej mierze na farmie w pobliżu kryjącego słynny wulkan lodowca Eyjafjallajökull). Nic dziwnego, że coraz więcej filmowców przybywa na Islandię, by kręcić tam swoje filmy, gdyż jest to definitywnie miejsce jedyne w swoim rodzaju (byłem i chciałbym tam wrócić!). Natomiast nie do końca przekonała mnie postać księdza, który jest fanem Celtic Frost i Venom. Taka postać wydaje mi się mało wiarygodna, gdyż pomiędzy z reguły antyreligijną muzyką metalową a kościołem katolickim istnieje przepaść nie do przeskoczenia (chrześcijańska scena metalowa czy unblack metal to margines nie brany poważnie przez większość fanów metalu). Oczywiście wśród wielbicieli muzyki metalowej znajdą się też chrześcijanie, którym niekoniecznie przeszkadza 'satanistyczna' otoczka wielu kapel. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, iż wiara chrześcijańska dla odizolowanych islandzkich społeczności częstokroć stanowi naturalne spoiwo bez którego nie można się obejść. Spodziewałem się również dalszego pociągnięcia wątku palenia kościołów przez norweskich muzyków black metalowych w 1993 roku (Hera ogląda o tym program informacyjny w telewizji, w którym pokazany zostaje płonący kościół w Fantoft, Bergen). Lecz dziewczyna w ogóle nie zagłębia się w scenę black metalową poza nałożeniem sobie corpse paintu na twarz - co prawda w "Metalhead" spłonie islandzki kościół, ale (aby było pozytywnie) zostanie odbudowany. W dodatku przy jego odbudowie dzielnie pomaga trójka metalowców, która przyjeżdża z Oslo do Hery, by wydać jej nagrane na farmie demo: Øystein, Per i Yngwe (czyli czytelna aluzja do wczesnego okrojonego składu norweskiego Mayhem). Cóż za przewrotny zwrot akcji. Ciekawe co na to muzycy Mayhem. Chętnie zapytałbym reżysera "Metalhead" Ragnara Bragasona jaki jest jego osobisty stosunek do kształtowania się norweskiej sceny black metalowej, gdyż odniosłem wrażenie, że próbuje się delikatnie naśmiewać z tej muzyki.
Tyle biadolenia na dzisiaj. Film jednak generalnie mi się podobał pomijając moje zastrzeżenia. Podszedłem do seansu z przymrużeniem oka i po prostu dobrze się na "Metalhead" bawiłem. Na refleksję dotyczącą niełatwego skądinąd procesu radzenia sobie z rozpaczą po utracie kogoś bliskiego też przyszedł czas. Na koniec polecam coraz bardziej obiecującą islandzką scenę black metalową: Wormlust, Svartidaudi, Carpe Noctem czy Misþyrming.
piątek, 13 lutego 2015
Filmowa triada: "Eyes Behind the Wall" (1977), "The Living Skeleton" (1968) i "The Hackers" (1988)
1. Eyes Behind the Wall/ L'Occhio Dietro la Parete (1977) - Bogaty i przykuty do wózka inwalidzkiego pisarz Ivano (Fernardo Rey) potrzebuje spełnienia, a jego młodsza żona Olga (Olga Bisera) pragnie męskiego towarzystwa. Para wynajmuje apartament tajemniczemu mężczyźnie o autodestrukcyjnych skłonnościach imieniem Arturo (John Phillip Law). Nowy lokator wzbudza u obojga zainteresowanie - oboje podglądają go przy pomocy dziwnego elektronicznego urządzenia. Za zgodą męża Olga postanawia uwieść Arturo, który w prologu filmu usiłował zamordować atrakcyjną kobietę w przedziale pociągu. Pewnej nocy po uprzedniej zabawie na disco Arturo zaprasza do swojego apartamentu czarnoskórego Joe. Dochodzi między nimi do homoseksualnego zbliżenia podglądanego przez Ivano i Olgę. Ivan broni homoseksualizmu Arturo, Olga jest zniesmaczona, gdyż sama ma ochotę na sprawnego fizycznie lokatora. Wspomnieć wypada także o służącym małżeństwa Ottavio (Jose Quaglio), notorycznym podglądaczu pożądającym niedostępnej dla niego Olgi. Mężczyzna kolekcjonuje jej bieliznę i włosy łonowe; łączy go także dziwny związek z Lucillą (Monika Zanchi), upośledzoną umysłowo lokalną dziewczyną.
Wyjątkowo perwersyjny dramat często przez wielbicieli Eurohorroru klasyfikowany jako giallo. Raczej niesłusznie, gdyż nie ma w nim ani policyjnego śledztwa, ani krwawych morderstw dokonywanych przez tajemniczego mordercę w czerni. Początkowa scena ataku Arturo na kobietę w pociągu nie ma nic wspólnego z resztą filmowej fabuły, która jednak oferuje kilka niespodzianek. Trochę erotyki i seksu, a nawet szczypta męskiej nagości (John Phillip Law robiący nago pompki i przysiady). Debiut reżyserski Giuliano Petrelli jest całkiem znośnym przykładem włoskiego kina eksploatacji. Podobno Petrelli nie był jednak zadowolony z końcowego rezultatu i usiłował usunąć swoje imię i nazwisko z filmowych napisów zanim "Eyes Behind the Wall" trafił do dystrybucji. Określenie 'Psychopathia sexualis' pasuje tutaj jak ulał.
2. The Living Skeleton/ Kyûketsu Dokuro-sen (1968) - Zapewne wielu nieco starszych wiekiem wielbicieli horrorów pamięta słynny film grozy Johna Carpentera "Mgła" (1980), który był przed kilkoma laty parokrotnie emitowany w rodzimej telewizji. Potem wyszedł nawet w Polsce na DVD (mam to wydanie w kolekcji). Zadziwiające jak wiele podobieństw łączy znany i lubiany horror Johna Carpentera z wcześniejszym o trzynaście lat "The Living Skeleton" np. dryfujący statek widmo, obecność gęstej mgły, nadmorskie miasteczko oraz postać księdza skrywająca mroczny sekret. Czarno-biały horror w reżyserii Hiroshi Matsuno otwiera scena masakry dokonanej przez grupkę renegatów na pokładzie japońskiego frachtowca. Ginie zastrzelona m.in. Yoriko (Kikko Matsuoka), młoda narzeczona lekarza na statku. Mijają trzy lata. Siostra bliźniaczka zabitej Yoriko, czyli Saeko znajduje się pod opieką księdza (Masumi Okada). Pewnego dnia w trakcie nurkowania ze swoim chłopakiem Mochizuki (Yasunori Irikawa) oboje odkrywają na morskim dnie ludzkie szkielety przywiązane metalowymi łańcuchami. Na horyzoncie pojawia się statek widmo. Saeko wraz z Mochizuki pomimo złej pogody postanawiają do niego dopłynąć. Na pokład statku dostaje się tylko Saeko, która widząc Yoriko traci przytomność. Wkrótce sprawcy masakry na statku (np. bogaty właściciel klubu, pijak, itd.) zaczynają ginąć po spotkaniu ze zjawą Yoriko.
Atmosferyczny japoński dreszczowiec, ładnie zrealizowany i intrygujący. Co ciekawe, "The Living Skeleton" rozpoczyna się niczym ghost story ze statkiem-widmem i białymi oparami mgły w tle, a mniej więcej po dwóch trzecich czasu trwania przepoczwarza się w coś jeszcze bardziej mrocznego i dziwniejszego - makabryczno-klaustrofobiczną medytację nad masową zbrodnią i zemstą. I choć niektóre efekty specjalne są raczej kiepskie unoszące się w morskiej toni szkielety wyglądają uroczo.
3. The Hackers (1988) - Niskobudżetowy, a w zasadzie zerobudżetowy slasher niewątpliwie inspirowany "Teksańską masakrą piłą mechaniczną" (1974) Tobe Hoopera oraz jej sequelem z 1986 roku. Ojciec Eldon 'Pa' Hacker wraz z dwójką niedorozwiniętych umysłowo synalków Arnie i Eldonem Juniorem jeżdżą po drogach Michigan i mordują napotkane ofiary (autostopowiczkę, rybaka, parę, która odmówiła im wynagrodzenia za odwaloną fuszerę, bywalca baru czy ogrodnika). Trio wieśniaków utrzymuje się z drobnych prac i biada tym, kto rodzince Hackerów nie zapłaci. W przerwach pomiędzy zabijaniem ojczulek zabiera synów na plac zabaw, aby pobawili się z dziećmi i przy okazji postraszyli pewną młodą kobietę na moście. W międzyczasie pisarka Marcie wyjeżdża do domu jej szefa na prowincję. Ma się zaopiekować domostwem pod jego nieobecność. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że Eldon, Arnie i Eldon Jr. mają tam naprawiać dach.
Amatorski slasher, acz dość zabawny. Lubię takie regionalne gnioty, gdyż idealnie nadają się do zrelaksowania. "The Hackers" jest całkiem poprawnie nakręcony jak na przeznaczony na rynek video slasher. Oczywiście pojawiają się dłużyzny, a niektóre sceny sprawiają wrażenie nie dokończonych. Gra aktorska też pozostawia sporo do życzenia. Film trwa jednak zaledwie 71 minut i zawiera wystarczająco tanich efektów gore, by się nie nudzić. Ulubiona scena morderstwa: podcięcie gardła kuflem do piwa.
Wyjątkowo perwersyjny dramat często przez wielbicieli Eurohorroru klasyfikowany jako giallo. Raczej niesłusznie, gdyż nie ma w nim ani policyjnego śledztwa, ani krwawych morderstw dokonywanych przez tajemniczego mordercę w czerni. Początkowa scena ataku Arturo na kobietę w pociągu nie ma nic wspólnego z resztą filmowej fabuły, która jednak oferuje kilka niespodzianek. Trochę erotyki i seksu, a nawet szczypta męskiej nagości (John Phillip Law robiący nago pompki i przysiady). Debiut reżyserski Giuliano Petrelli jest całkiem znośnym przykładem włoskiego kina eksploatacji. Podobno Petrelli nie był jednak zadowolony z końcowego rezultatu i usiłował usunąć swoje imię i nazwisko z filmowych napisów zanim "Eyes Behind the Wall" trafił do dystrybucji. Określenie 'Psychopathia sexualis' pasuje tutaj jak ulał.
2. The Living Skeleton/ Kyûketsu Dokuro-sen (1968) - Zapewne wielu nieco starszych wiekiem wielbicieli horrorów pamięta słynny film grozy Johna Carpentera "Mgła" (1980), który był przed kilkoma laty parokrotnie emitowany w rodzimej telewizji. Potem wyszedł nawet w Polsce na DVD (mam to wydanie w kolekcji). Zadziwiające jak wiele podobieństw łączy znany i lubiany horror Johna Carpentera z wcześniejszym o trzynaście lat "The Living Skeleton" np. dryfujący statek widmo, obecność gęstej mgły, nadmorskie miasteczko oraz postać księdza skrywająca mroczny sekret. Czarno-biały horror w reżyserii Hiroshi Matsuno otwiera scena masakry dokonanej przez grupkę renegatów na pokładzie japońskiego frachtowca. Ginie zastrzelona m.in. Yoriko (Kikko Matsuoka), młoda narzeczona lekarza na statku. Mijają trzy lata. Siostra bliźniaczka zabitej Yoriko, czyli Saeko znajduje się pod opieką księdza (Masumi Okada). Pewnego dnia w trakcie nurkowania ze swoim chłopakiem Mochizuki (Yasunori Irikawa) oboje odkrywają na morskim dnie ludzkie szkielety przywiązane metalowymi łańcuchami. Na horyzoncie pojawia się statek widmo. Saeko wraz z Mochizuki pomimo złej pogody postanawiają do niego dopłynąć. Na pokład statku dostaje się tylko Saeko, która widząc Yoriko traci przytomność. Wkrótce sprawcy masakry na statku (np. bogaty właściciel klubu, pijak, itd.) zaczynają ginąć po spotkaniu ze zjawą Yoriko.
Atmosferyczny japoński dreszczowiec, ładnie zrealizowany i intrygujący. Co ciekawe, "The Living Skeleton" rozpoczyna się niczym ghost story ze statkiem-widmem i białymi oparami mgły w tle, a mniej więcej po dwóch trzecich czasu trwania przepoczwarza się w coś jeszcze bardziej mrocznego i dziwniejszego - makabryczno-klaustrofobiczną medytację nad masową zbrodnią i zemstą. I choć niektóre efekty specjalne są raczej kiepskie unoszące się w morskiej toni szkielety wyglądają uroczo.
3. The Hackers (1988) - Niskobudżetowy, a w zasadzie zerobudżetowy slasher niewątpliwie inspirowany "Teksańską masakrą piłą mechaniczną" (1974) Tobe Hoopera oraz jej sequelem z 1986 roku. Ojciec Eldon 'Pa' Hacker wraz z dwójką niedorozwiniętych umysłowo synalków Arnie i Eldonem Juniorem jeżdżą po drogach Michigan i mordują napotkane ofiary (autostopowiczkę, rybaka, parę, która odmówiła im wynagrodzenia za odwaloną fuszerę, bywalca baru czy ogrodnika). Trio wieśniaków utrzymuje się z drobnych prac i biada tym, kto rodzince Hackerów nie zapłaci. W przerwach pomiędzy zabijaniem ojczulek zabiera synów na plac zabaw, aby pobawili się z dziećmi i przy okazji postraszyli pewną młodą kobietę na moście. W międzyczasie pisarka Marcie wyjeżdża do domu jej szefa na prowincję. Ma się zaopiekować domostwem pod jego nieobecność. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że Eldon, Arnie i Eldon Jr. mają tam naprawiać dach.
Amatorski slasher, acz dość zabawny. Lubię takie regionalne gnioty, gdyż idealnie nadają się do zrelaksowania. "The Hackers" jest całkiem poprawnie nakręcony jak na przeznaczony na rynek video slasher. Oczywiście pojawiają się dłużyzny, a niektóre sceny sprawiają wrażenie nie dokończonych. Gra aktorska też pozostawia sporo do życzenia. Film trwa jednak zaledwie 71 minut i zawiera wystarczająco tanich efektów gore, by się nie nudzić. Ulubiona scena morderstwa: podcięcie gardła kuflem do piwa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












































